Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że pan doktor kończy dyżur w szpitalu np. o godzinie 15, ale w przychodni jego godziny przyjęć zaczynają się już o 14? A że pacjenci czekają? Cóż, to już jest ich problem.

Ten tekst nie traktuje jednak o arogancji czy lekceważeniu pacjentów przez lekarzy, choć takie wypadki nierzadko mają miejsce, szczególnie jeśli chodzi o tzw. państwową służbę zdrowia, czyli leczenie na NFZ. Chciałabym raczej zastanowić się, czy lekarzom zależy na tym, abyśmy byli zdrowi. Tym, którzy pochopnie, odpowiedzą: Ależ tak, oczywiście! zalecam chwilę rozwagi. Ilu z Was przy początkach choroby przewlekłej np. nadciśnienia czy cukrzycy lekarze polecili na początek kurację ziołową i zmianę trybu życia? Podejrzewam, że niewielu, choć, gwoli sprawiedliwości, należy dodać, że i pacjenci nie kwapią się do terapii wymagających od nich wysiłku i działania. Prościej jest wziąć tabletkę i… A właśnie – tabletkę!

Pomagają i… szkodzą

Najpopularniejsza forma produkowanych przez przemysł farmaceutyczny leków farmaceutycznych to tabletki. Zawierają one substancje czynne zwalczające dane schorzenie, ale także wiele innych środków chemicznych, tzw. wypełniaczy. Produkowane są w zakładach przemysłowych, a więc z naturą nie mają wiele wspólnego. Chyba nie udało się dotychczas opracować leku, który nie miałby działań ubocznych. Ich listy wydrukowane są na wszystkich ulotkach informacyjnych, ale my do perfekcji opanowaliśmy sztukę nieczytania ich. Równocześnie rzadko zastanawiamy się nad tym, że zaczynając leczenie np. nadciśnienia za pomocą chemicznego farmaceutyku, skazujemy się na zażywanie tego środka już do końca życia.

Inna kwestia to przyswajalność danego specyfiku. Weźmy chociażby taką witaminę C, którą lekarze często zalecają przy przeziębieniach. Ta wyprodukowana fabrycznie, ze składników chemicznych jest tania – kosztuje od kilku do kilkunastu złotych. Jej przyswajalność wynosi zaledwie 10-15 proc. Ta sama witamina C wyprodukowana z surowców naturalnych i podana w formie liposomowej przyswoi się w 80-90 procentach! Oczywiście, jest dużo droższa od tej „chemicznej”, ale czy na zdrowiu warto oszczędzać?

Lekarze nie ułatwiają nam podjęcia decyzji, w jaki sposób chcemy się leczyć. Często działają schematycznie – tę chorobę leczymy tym lekarstwem i już. Nie informują o innych sposobach leczenia, bo tak nauczono ich na studiach. Na wydziałach lekarskich terapie naturalne i suplementy diety są tematem tabu. Dlaczego?

Jak nie wiadomo, o chodzi… to chodzi o pieniądze.

To powiedzenie jest wyjątkowo adekwatne, jeśli chodzi o przemysłu farmaceutycznego, który na sprzedawanych nam lekach zbija grube pieniądze. Weźmy chociażby takie choroby onkologiczne. Leczenie ich za pomocą tzw. chemii to ogromne koszty i horrendalne zyski dla zakładów farmaceutycznych. Jednocześnie lekarze nawet nie wspominają pacjentom o alternatywnych metodach leczenia. Wlewy dożylne i już!. Trucizna, która, zwalcza komórki nowotworowe zaczyna krążyć w naszym organizmie. Problem w tym, że działa ona jak Domestos – czyści na swojej drodze wszystko. Giną więc zarówno te komórki, które uległy zmianom, jak i te zdrowe. Uszkodzeniom ulegają narządy wewnętrzne – np. wątroba czy nerki. Mało kto wie, że tzw. chemię, odkryto przy okazji stosowania gazów bojowych. Zauważono, że u części żołnierzy poddanych ich działaniom znikają zmiany nowotworowe na skórze. W ogólnej euforii, nie zauważono innych, negatywnych skutków.

Ba! Powie ktoś, ale przecież część osób zostaje wyleczona. Owszem, ale wiecie, jak działają statystyki? Przeżywalność pięciu lat po okresie remisji np. nowotworu wątroby uważa się za sukces i wpisuje jako wyleczenie. Gdyby przyjąć okres nieco dłuższy np. dziesięciu lat, okazałoby się, że nowotwór w wątrobie, owszem, zniknął, ale pojawił się np. w płucach. Traktuje się go jako zupełnie odrębną jednostkę chorobową i jeśli pacjent umrze, jego zgonu nie łączy się z poprzednim przypadkiem. Tymczasem nowe guzy to nic innego, jak przerzuty, które po chemii często mają miejsce.

Mój kolega ma raka. Dopóki leczył się metodami alternatywnymi, choroba nie ustępowała, ale i nie pogarszało się. Chłopak czuła się w miarę dobrze. Niestety, lekarzom jakoś udało się namówić go na chemię. Dziś mój kolega ma wyniszczony organizm i uszkodzone nerwy słuchowe. „Zawdzięcza” to wlewom dożylnym z trucizn zwanych chemią. Czy może chociaż nowotwór ustępuje? Nic podobnego! Ma się całkiem dobrze. A może nawet jeszcze lepiej, bo wyniszczony chemią organizm nie ma siły mu się przeciwstawiać.

Zła wola czy rutyna?

Matka mojej znajomej cierpiała na mięśniaki macicy. Jak wiadomo te niezłośliwe nowotwory mogą powodować obfite krwawienia miesięczne i związane z tym dolegliwości, np. anemię. Lekarze zalecali jej usunięcie macicy i jajników. Tych drugich zapobiegawczo, bo przecież w przyszłości mogłaby dostać raka. Reprezentowali przy tym typowo męski punkt widzenia: Po co Pani w tym wieku macica? Przecież dzieci pani już nie będzie mieć. Panów doktorów zupełnie nie interesował fakt, że kobieta pozbawiona tych ważnych narządów (które bynajmniej nie służą tylko prokreacji) wchodzi gwałtownie w okres menopauzy. Nie stopniowo, jak chciała natura, ale zostaje tam od razu wrzucona.

Na szczęście, matka mojej znajomej należała do osób dociekliwych i postanowiła drążyć temat. Dowiedziała się o specyfiku, który podany w zastrzykach, hamuje produkcję estrogenów, a, co za tym idzie, zmniejszenie mięśniaków, które się tymi hormonami żywią.

Ginekolodzy nie mogli wyjść ze zdziwienia: Skąd taka decyzja? Ten lek jest drogi, a poza tym, jeśli zahamuje Pani produkcję estrogenów, będzie się czuła pani tak, jak w okresie menopauzy czyli źle. Ot, logika! Ostrzegali ją przed stanem, który miał trwać przejściowo, zupełnie ignorując fakt, że zabiegiem operacyjnym chcieli wpędzić ją w ten stan na stałe.

Zastanawiam się czasem, czy tymi lekarzami kierowała zwykła rutyna czy też nie okazali w pełni dobrej woli? Czy gdyby sytuacja dotyczyła ich matki albo żony, doradzaliby tak samo? Wątpię. Raczej staraliby się leczyć ją zachowawczo. Ile narządów zostało niepotrzebnie usuniętych, ile kończyn amputowanych, choć można było jeszcze próbować mniej drastycznych metod leczenia? Zdziwienie nasze będzie zapewne mniejsze, kiedy dowiemy się, że za amputację Narodowy Fundusz Zdrowia płaci więcej pieniędzy, niż za leczenie zachowawcze. Ot i zagadka rozwiązana.

Dziękuję, Panie Doktorze!

Osoby w białych fartuchach traktują nas czasem, jak mało inteligentne dzieci. Brak zgody na daną formę leczenia uznają za lekceważenie przez pacjenta własnego zdrowia i dobitnie potrafią nam dać to do zrozumienia. Oni przecież wiedzą lepiej, a ewentualne konsekwencje zabiegów, którym zostaniemy poddani, to już nie jest ich sprawa.

Tylko raz zdarzyło mi się raz spotkać lekarza, który potraktował sprawę uczciwie. Pomimo, że jego koledzy doradzali mi operację, on, jako jedyny, przedstawił możliwe, przykre konsekwencje tego zabiegu. Poinformował także o alternatywnych metodach leczenia. Można? Można! Dziękuję, Panie Doktorze!

Choć przykłady przedstawione w powyższym tekście są prawdziwe, wysnute wnioski są subiektywną opinią autorki i, w żadnym wypadku, nie są zachętą do zaniechania leczenia konkretnych schorzeń.

Kategorie: Nasze zdrowie Tagi: lekarze, nfz, służba_zdrowia