Znowu wielogodzinne przewracanie się z boku na bok, rozpaczliwe próby wyciszenia się, uśnięcia i… nic. Specjaliści radzą wtedy, aby wstać, zająć się czymś innym i ponowić próbę za godzinę czy dwie. Może to i działa, ale pozwolić sobie na to mogą chyba jedynie osoby, które nie muszą rano wstawać. No, bo wyobraźcie sobie: na bezskutecznych próbach zaśnięcia zastaje nas godzina pierwsza lub druga w nocy. Wstajemy, zapalamy światło, siadamy i zaczynamy np. czytać książkę. Czas biegnie i z godziny drugiej robi się czwarta. Nawet, jeśli teraz zaśniemy, zostaje nam, w najlepszym przypadku, trzy, cztery godziny snu. A chyba każdy wie, jak trudno jest funkcjonować następnego dnia z „piaskiem” w oczach, bólem głowy i permanentnym zmęczenie. No, więc co? Ratujemy się medykamentami?

Nie, bo się pani uzależni!

Dręczona bezsennością udałam się lekarza specjalisty. Pani doktor okazała się być zdecydowaną przeciwniczką, wszelkiego rodzaju środków nasennych, nawet tych nowej generacji.: Nie, bo się pani uzależni – usłyszałam w odpowiedzi na prośbę przepisania czegoś na sen. Na nic zdały się tłumaczenia, że bardzo rzadko sięgam po takie specyfiki, a jeśli już zażywam, to najwyżej pół tabletki. W zamian zaproponowała mi lek antydepresyjny Triitico, który miał ułatwiać zasypianie. Podobno bezpieczny, nie uzależnia i charakteryzuje się znikomą liczbą działań ubocznych.

Co do działania – owszem, lek okazał się skuteczny. Problemy z zasypianiem skończyły się, jednak początkowa dawka przestała działać, więc pani doktor bez problemu przepisywała mi coraz nowe, większe dawki. Tak minęło kilka lat. Wreszcie problemy uniemożliwiające zaśnięcie zniknęły, sytuacja życiowa ustabilizowała się, więc stwierdziłam, że najwyższy czas odstawić antydepresant. Nie sądziłam, że będą problemy, bo przecież te leki mają nie uzależniać. No i zaczęło się!

Droga przez mękę

Odstawianie antydepresantu przeprowadzałam stopniowo, zmniejszając dawkę, zgodnie z lekarskimi wskazówkami. Już po kilku dniach wróciła bezsenność. Pocieszałam się jednak, że to minie, bo przecież cały proces miał trwać góra dwa tygodnie. Niestety, po tym okresie bezsenność nie zamierzała mnie opuścić. Co gorsza, przykre objawy zaczęły się pojawiać także w dzień. Był to albo „dół psychiczny” albo uczucie ciągłego zdenerwowania pojawiające się bez konkretnej przyczyny. Dołączyło się do tego rozkojarzenie, trudności z koncentracją i inne przykre dolegliwości. Próbowałam się ratować środkami ziołowymi, jednak organizm przyzwyczajony do silnie działających substancji chemicznych reagował na nie słabo lub wcale. Postanowiłam, więc zbadać temat, bo w głowie mi się nie mieściło, że zażywanie tego łagodnego, podobno, antydepresantu może skutkować takimi następstwami.

Grunt to eufemizmy

Triitico należy do grupy leków nazywanych SSRI (selektywnych inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny. Ponad 30 lat temu zastąpiły one leki starszej generacji – trójcykliczne środki antydepresyjne. Miały być znacznie bezpieczniejsze i charakteryzować się znacznie mniejszą liczbą działań ubocznych. Całe Stany Zjednoczone zachłysnęły się pierwszym tego typu specyfikiem: fluoksetyną wypuszczoną na rynek przez przedsiębiorstwo Eli Lilly. Prozac został okrzyknięty „tabletką szczęścia” i pojawił się w domowych apteczkach tysięcy Amerykanów. Przywędrował także do nas i, pomimo wysokiej ceny, był chętnie kupowany przez Polaków. Oczywiście, był lekiem na receptę, jednak lekarze, chyba także przekonani rewelacyjnymi doniesieniami zza oceanu, przepisywali go bez większych problemów.

Od tamtego czasu liczba antydepresantów z grupy SSRI znacznie się powiększyła. Ich rola polega na dostarczenia organizmowi większych ilości serotoniny, czyli związku chemicznego w mózgu, który wpływa na system nerwowy. Co ciekawe, jak do tej pory brakuje badań, które jednoznacznie potwierdziłyby, że u pacjentów z depresją występuje niedobór serotoniny. Machina jednak ruszyła i psychiatrzy zaczęli masowo przepisywać tego typu środki osobom skarżącym się na objawy depresyjne.

W miarę upływu czasu pojawiły się doniesienia o uzależniającym wpływie tych leków. Przedsiębiorstwa farmaceutyczne, koncentrując się, jak zawsze, na umniejszaniu strat, uknuły wtedy termin: zespół odstawienia. Pod tą eufemistyczną nazwą kryją się wszelkie przykre objawy, na jakie narażeni są pacjenci usiłujący odstawić antydepresanty z grupy SSRI. Czym się ma różnić zespół odstawienia od objawów występujących np. po długotrwałym zażywaniu uzależniających benzodiazepin, nikt nie potrafi wytłumaczyć.

Eksperci kontra giganci

Po raz kolejny potwierdziła się słuszność powiedzenia, że kto ma kasę, ten wygrywa. Koncernom farmaceutycznym pieniędzy nie brakuje, a więc bez trudu radzą sobie z próbami ujawnienia prawdy. Na nic zadała się rozprawa z 2007 roku, podczas której senat Stanów Zjednoczonych usiłował zmusić wytwórców SSRI do przyznania się, że ich produkty uzależniają. Giganci farmaceutyczni zupełnie nie przejmują się opiniami ekspertów ze Światowej Organizacji Zdrowia, którzy ulotki leków SSRI podają jako przykład, jak niejasności w kwestii nazewnictwa mogą wpływać na interpretację wyników badań. Cierpisz na przykre dolegliwości po odstawieniu leków antydepresyjnych? Nie przejmuj się, to nie objawy uzależnienia, a jedynie „zespół odstawienia”. Lżej komuś? Bo mnie wcale…

Kategorie: Nasze zdrowie Tagi: antydepresanty